O metodzie Montessori, o tej pedagogice, o spojrzeniu na dziecko oczami Montessori zrobiło się głośno ostatnio. Uśmiecham się, kiedy widzę, że wiedza zatacza coraz szersze koło, pojawiają się nowe książki — zarówno opracowania, jak i oryginalne teksty samej twórczyni. Kiedy ja zaczynałam tę przygodę i naukę, wiedzy było bardzo niewiele. Ja nie wiedziałam zupełnie nic.

Dwie przetłumaczone dawno książki, kilka prawie naukowych opracowań. 

Żadnych poradników dla rodziców, nic o pracy z materiałami, cisza na temat samej istoty tej koncepcji. 

Właściwie to dobrze i niedobrze. Gdyby to wszystko, co jest dziś, było kilka lat temu, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na podyplomówkę z zakresu edukacji Montessori. I pewnie nie połączyłyby się te dwie drogi: logopedia i Montessori.

Przyglądam się dość uważnie temu, jak metoda Montessori odbierana jest przez rodziców. Co jest wyzwaniem, co sprawia trudność, gdzie czają się pułapki. Towarzyszy mi takie poczucie, że fiksujemy się nie na tym, co najważniejsze. 

Mnie też to dotyczy, proszę sobie nie myśleć. 

Co jest najtrudniejsze w metodzie Montessori?

Za drogie materiały

Tak, niektóre materiały Montessori są kosztowne, zwłaszcza gdy chcesz, żeby były porządne i żeby rzeczywiście były materiałami zgodnymi z wytycznymi Montessori. Są tańsze na chińskich stronach “ze wszystkim”, oglądałam je uważnie: niektóre nie mają wymaganych wymiarów, inne mają połowę elementów. 

Można więc drogo… albo bez sensu?

I tak, i nie. Profesjonalne materiały montessoriańskie to tylko część tej rzeczywistości. Kawałek przygotowanego otoczenia. Wiele z nich masz pod ręką, służą Ci na co dzień. Klamerki do bielizny, dzbanuszek, szklanka, ziarna cieciorki, kasza jaglana. Niektóre można wykonać przy mniejszym lub większym wysiłku. 

Ale to nie o to chodzi.

Skomplikowana praca z materiałami

Mam wrażenie, że rodzice czasem boją się pracy z materiałami Montessori. Jakby zapanowała zbiorowa obawa przed niekanonicznym użyciem czy zaprezentowaniem montessoriańskich pomocy. A z drugiej strony pojawia się bunt, że to ogranicza kreatywność, że budowanie słynnych już garaży z różowej wieży przecież też jest dobrą pracą dla dziecka.

Nie, to nie o to chodzi.

Przygotowane otoczenie to niedościgniony ideał

Może gdzieś zakorzenił się przekaz o tym, żeby najpierw przygotować dziecku idealne warunki pracy, stoliki, krzesełka, dostępne regały, dywaniki, tace, płaskie koszyczki. Sama wpadam w tę pułapkę. Mam świetny materiał i… czekam z nim, aż znajdę dobre miejsce, lepszy czas, bardziej dopasowany koszyczek. 

To zupełnie nie w tym rzecz.

To nie te rzeczy są najtrudniejsze w pedagogice Montessori. To, o czym napisałam wyżej, to są kwestie naszych możliwości: technicznych, fizycznych, finansowych — a z większością można sobie łatwo poradzić. Chcesz więcej miejsca? — zabierz się za odgracanie. Chcesz mieć tanio dobre materiały? — kup z kimś na spółkę i się wymieniajcie (dodatkowy plus w postaci rotacji na półkach). 

Najtrudniejsze są trzy rzeczy, których każdy rodzic musi przypilnować w sobie.

3 naprawdę najtrudniejsze rzeczy w metodzie Montessori

1. Nie gadaj tyle

Nie wiem, jak Twoje dzieci, ale moje reagują warknięciem (ostatnio także groźnym piszczeniem), kiedy zapominam o tej zasadzie i próbuję im wytłumaczyć coś, na co nie mają teraz ochoty. Kiedy ponosi mnie fantazja i próbuję brnąć w temat, rozwijać perspektywę… wiesz, pokazać i objaśnić im świat

Nie wiem, choćby pociągnąć temat spadających owoców, o które pytali, i opowiedzieć o cyklu życia drzewa.

Warknięcie. Nie chcą. Pytali o spadające owoce i koniec.

W montessoriańskim otoczeniu jest cicho. Albo chociaż zauważalnie ciszej niż w niemontessoriańskim otoczeniu, w którym są dzieci. W idealnych sytuacjach nauczyciele podchodzą do dziecka i mówią szeptem — i na odwrót. 

Piszę “w idealnych sytuacjach”, bo mam świadomość, że często tak nie jest.

Tym niemniej w trakcie kursów zwraca się uwagę na to, by zachować ciszę i by tyle nie gadać do dziecka. Prezentowanie materiałów do pracy odbywa się w dużej mierze bez słów. Nauczyciel mocno ogranicza słowa, żeby nie koncentrować na nich uwagi dziecka. Ta ma biec do pokazywanego materiału. Dziecko ma zauważyć i zapamiętać sekwencję ruchów, odkryć sens tej pracy, zobaczyć efekt. Nie da się tego opowiedzieć. 

Pamiętam mój montessoriański egzamin z matematyki. 

Notabene… nie myślałam, że kiedykolwiek spotka mnie jeszcze w życiu egzamin z matematyki (w liceum nauczyciel zakazał w ostatniej klasie przychodzić na lekcje, jeśli się nie miało w planach matury z matmy, a ja bardzo nie miałam takich planów).

Miałam więc egzamin z matematyki, wylosowałam do zaprezentowania liczydło. Ja byłam nauczycielem, nauczycielka była dzieckiem, ja miałam zaproponować i zaprezentować temu dziecku liczydło właśnie. I zaczęłam… opowiadać. Co przesunąć, co zapisać i kiedy doszłam do PO CO (to robić), JAK TO DZIAŁA, to sama już nie rozumiałam, o co mi chodzi. Poprosiłam o “przewinięcie filmu do tyłu” i zaczęłam swój egzamin jeszcze raz. Bez słowa. Wtedy to liczydło było takie proste i oczywiste.

Tak to właśnie działa. Sami plączemy się w nadmiernych tłumaczeniach, a wystarczy pokazać. Wystarczy, żeby dziecko nie dzieliło uwagi między słowami dorosłego a pokazywanymi przez niego przedmiotami.

UWAGA. Zasada nie obowiązuje, jeśli pracujesz nad edukacją językową, rozwijasz słownictwo i w ogóle posługujesz się mową. To zrozumiałe, prawda? Wtedy celem samym w sobie jest rozmowa. Wtedy gadamy. Na co dzień też gadamy, swobodnie. Naprawdę nie usiłuję wprowadzić do Twojego domu zakazu odzywania się, to bez sensu. Zauważ po prostu TE chwile, w których Twoje słowne tłumaczenia są zbyteczne. Wtedy nie gadaj tyle.

Zadanie

Dla najmłodszych. Pokaż swojemu dziecku, jak włożyć klocek do pojemnika. Nic nie mów.

Dla średnich. Pokaż swojemu dziecku, jak obierać marchewkę za pomocą obieraczki i nie użyj ani jednego słowa.

Dla starszych. Pokaż dziecku, jak zawiązać kokardkę i nie wypowiedz ani pół zdania.

Korci?

2. Trzymaj dłonie między krzesłem a pośladkami

Usiądź wygodnie i obserwuj, jak Twoje dziecko zmaga się z problemem, z zadaniem, jak staje się samodzielne.

Nie pomagaj (i nie gadaj!). Ja wiem i Ty wiesz, że zrobisz to szybciej i lepiej. Ćwiczysz od kilku dekad zawiązywanie butów, zapinanie zamków błyskawicznych (zwanych po łódzku “ekspresem”). Wiesz, jakie głoski są po kolei w wyrazie (albo: wydaje Ci się, że wiesz). Widzisz lepiej i szybciej, jaki puzzel dołożyć i że trzeba go odkręcić w drugą stronę. Umiesz wykonać sprawniej tysiące rzeczy.

I nigdy nie przeszkadzaj w nich swojemu dziecku.

A teraz najtrudniejsze w tej trudnej montessoriańskiej zasadzie: nauczyć się rozróżniać, kiedy Twoje dziecko tej pomocy naprawdę potrzebuje, a kiedy powinnaś zostawić je w spokoju. Przecież nie chodzi o to, żebyś teraz palcem nie kiwnęła w imię zasad.

Moje dzieci i tu stosują metodę dźwięków nieartykułowanych. Warknięcie na “Pomóż mi, bo nie mam siły” i groźne piszczenie na znak “Odejdź stąd. Choćby trwało to godzinę, to wywinę na prawą stronę tę bluzę i założę ją sam. SAAAAAM!”. Albo odwrotnie. Ja wiem, to czasem ruletka.

Oświeć się najbardziej znaną w świecie sentencją, którą Maria Montessori usłyszała od swojego podopiecznego.

Pomóż mi to zrobić samodzielnie.

To wymaga refleksji: gdzie się kończy Twoje “pomóż”, a zaczyna dziecięce “samodzielnie”. Kiedy pomagasz, a kiedy wyręczasz. Kiedy dziecko polaryzuje uwagę przy zadaniu, a kiedy frustracja sięgnie zenitu, bo to jeszcze za trudne. 

Ciągłe balansowanie. To jest właśnie trudne w metodzie Montessori. 

Zadanie

Dla najmłodszych. Zamiast rutynowego obsługiwania (np. ubierania) człowieka, sprawdź jego gotowość. Podaj do ręki skarpetkę i zobacz, co z nią zrobi. Prawdopodobnie i tak finał będzie taki, że sama mu ją założysz. W tym zadaniu masz się tylko zatrzymać na sekundę, zanim automatycznie zrobisz coś za swoje dziecko. Ćwicz w sobie ten nawyk, gwarantuję, że zaowocuje.

Dla średnich. Pokaż, jak można założyć samodzielnie kurtkę. Nie znasz metody “fiku-miku”? Moje dzieci Ci pokażą.

Dla starszych. Pozwól zmierzyć się swojemu dziecku z zapinaniem serii guzików w koszuli czy sukience.

Na zadanie wybierz spokojny czas, kiedy nic Was nie ponagla do wyjścia z domu. Nie rano przed przedszkolem. Zaproponuj delikatnie wykonanie zadania, a potem usiądź na krześle, włóż dłonie pod pośladki i trzymaj je tam! Trzymaj, choćby rwały się do pomocy. Trzymaj, dopóki, Twoje dziecko jest skupione.

Korci?

3. Nie poprawiaj błędów

Metodyka Montessori wpisuje w większość materiałów kontrolę błędu. Wylana woda z dzbanka, niepasujące do otworów cylindry są oczywiste do zauważenia. Dziecko je widzi i analizuje, by następnym razem zrobić lepiej. Błąd jest ważny, jest wskazówką: “Co muszę zrobić, żeby następnym razem nie wylać wody?”. Są także mniej oczywiste błędy: “trochę krzywo”, niedopasowane do pary takie same elementy, nieposortowane dokładnie przedmioty. 

W metodzie Montessori nie poprawia się błędów dziecka. Nauczyciel nie przychodzi oceniać poprawność wykonanego zadania czy pracy. W ogóle nie ma ocen (nie istnieje: “ale ślicznie”, “taaak, brawo, dobrze” ani “popraw”, “źle to ułożyłeś”, “to nie tak” itd.). 

Jeśli nauczyciel widzi błąd, może wspólnie z dzieckiem pochylić się nad pracą i pozwolić dziecku samemu go zauważyć. Jeśli jednak dziecko nie widzi błędu, to nauczyciel go nie wskazuje i nie poprawia!

Przyznam, że rozumiem, jeśli masz w tej chwili wątpliwości. Sama je miałam przez cały czas kursu. Często łapałam się na myślach: “Ale to jest źle złożone”, “Czy to ma sens? Czy to do czegoś prowadzi?”, “Nie wiem, czy jest sens dopasowywać pary, skoro nikt nie sprawdzi, czy to jest dobrze”.

Celem pracy jest nie sam efekt, tylko praca i doskonalenie się w niej. Doskonalenie się poprzez korektę swoich własnych błędów, a gwarantuję, że najlepsza korekta nastąpi wtedy, kiedy dziecko samodzielnie zauważy, że się pomyliło.

Zadanie

Dla najmłodszych. Pozwól dziecku założyć samodzielnie buty. Nie komentuj, jeśli założy odwrotnie. Zapytaj, czy jest wygodnie. Prawdopodobnie Twoje dziecko nie będzie na początku czuło różnicy ani widziało sposobu odróżniania lewego buta od prawego. Pozwolisz mu wyjść w odwrotnie założonych butach? Spróbujesz? O ile Twoje dziecko nie ma ortopedycznych problemów ze stopami i nie musi nosić korekcyjnego obuwia, nic mu nie grozi z powodu chodzenia w źle założonych butach.

Dla średnich. Pozwól dziecku ułożyć dwuelementowe puzzle. Nie poprawiaj, nie sugeruj poprawki. Zapytaj, czy pasują. Jeśli dziecko odpowie, że tak, to choćby nic tam nie grało, to… nie masz racji. Twojemu dziecku pasują. 

Dla starszych. Pozwól pisać dziecku z błędami. Jeśli dopiero zaczyna, a wykracza daleko poza zakres różowego materiału (pisałam o nim [tutaj]), pozwól mu na to. Nie hamuj pasji w imię ortografii — to frustrujące i może zniechęcić na przyszłość. 

Spójrz na popełniane błędy jak na drogę Twojego dziecka, której nie możesz przejść za nie. Zarówno w tych małych sprawach (jak powyższe zadania), jak i tych większych, codziennych, coraz poważniejszych wraz z dorastaniem Twojego dziecka.

Zadanie dla wszystkich

Pokazuj swoim dzieciom, że Ty także popełniasz błędy, że umiesz je dostrzec, wyciągnąć wnioski i naprawić (a jak trzeba — to i przeprosić).

ruchomy alfabet cytat Montessori błędy dorosłych


Obserwuj

Zamiast gadać, wyręczać (lub niepotrzebnie pomagać) i poprawiać — obserwuj swoje dziecko. Popatrz na nie z boku i zobacz wysiłek, jaki wkłada, żeby każdego dnia być lepszym, sprawniejszym, uważniejszym.

Zachęcam, gorąco zachęcam do aktywnej obserwacji rozwoju swojego dziecka.


Przypominam, że można się dopisać do newslettera i odebrać listy z wyrazami z różowego materiału. Co to jest? To takie wyrazy, od których najłatwiej i najbezpieczniej zacząć przygodę z budowaniem wyrazów, pisaniem i czytaniem. Więcej tu: różowy materiał językowy.

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.